GłównaMeczeKomentarz pomeczowyZwycięskie oblicza dwa

Opublikowano:

Zwycięskie oblicza dwa

Jakże różny oglądaliśmy Widzew w obu połowach meczu z Lechem. Najważniejsze, że zwycięski.

„Ten mecz był spoko, a pierwsza połowa była bardziej spoko niż ta druga. Jeżeli ktoś przychodzi na Widzew dla emocji, to dostał te emocje, jeżeli dla zwycięstw, to również je dostał”, powiedział po meczu Daniel Myśliwiec. Dawno nie słyszałem celniejszego podsumowania jakiegokolwiek meczu.

Jeśli jednak ktoś regularnie czyta tutaj komentarze pomeczowe – dobrze wie, że nie dostanie opakowanego w słowa wyniku z telegazety, suchej relacji minuta po minucie albo wyrwanego zdania z konferencji – tylko to, co naprawdę siedzi mi na sercu i pozostało w głowie. Co więc można o spotkaniu z Lechem powiedzieć oprócz tego, że było spoko?

Dużo dobrego i trochę mniej, ale wciąż sporo złego.

Wypada się rozpłynąć nad pierwszą połową. Zapieprzaliśmy aż miło. Jak króliki Duracell. Gdyby sędzia Marciniak skończył spotkanie, zamiast zaprosić obie drużyny do szatni na przerwę, to byłby najlepszy mecz w wykonaniu drużyny Widzewa na tym stadionie.

Byliśmy odważni. Szybsi. Bezkompromisowi.

Skazywani na pożarcie, potrafiliśmy błyszczeć. Jak Jakub Sypek, który wpadł w pole karne i precyzyjnie sieknął w długi róg. Widzew lubi wskrzeszać piłkarzy, a Piłsudskiego 138 to zawsze było dobre miejsce dla tych, którzy muszą coś udowodnić, którzy zostali odrzuceni. Jak się okazuje, odrzuceni nawet przez Widzew. Z zaciśniętymi zębami walczył o swoje. Jak cały zespół.

Potrafiliśmy wymienić kilka podań na jeden kontakt i stworzyć z tego dobrą sytuację. Spressować Lecha tak, że bił po autach. Zakręcić obrońcami „Kolejorza” tak, że lepiej pasowali do oddalonego o kilka kilometrów Łodź Summer Festival. Wykorzystać taktycznie ustawienie ich linii defensywnej, momentami absurdalnie wysokie. Strzelić po składnej akcji, ale też stałym fragmencie. I aż do głupiej straty Alvareza z 42. minuty – nie pozwolić na to, by się „Kolejorz” odgryzł.

Zamiast prowadzić trzy, cztery czy nawet pięć do zera, Ishak złapał kontakt. Przez to długość obgryzionych paznokci na trybunach w drugiej połowie pewnie można mierzyć w metrach.

Tak jak nie mam pretensji do trenera za to, że nie strzeliliśmy więcej bramek przed przerwą, a wręcz podziw, bo byliśmy ustawieni i nastawieni znakomicie, po prostu brakowało jakości i powtarzalności w zagraniach piłkarzy, zwłaszcza przy ostatnim podaniu – tak siwe włosy wyrośnięte w drugiej połowie idą na jego konto.

Zdarzało się już w poprzednim sezonie, choćby w meczu z Górnikiem Zabrze, że świetnie grający zespół wychodzi na drugą połowę stonowany, spokojniejszy, bez tego ofensywnego zacięcia, którym imponował przed zmianą stron. Z każdą minutą spokój zamieniał się w nerwowość. Wreszcie – trzeba było sobie to zwycięstwo dosłownie wyszarpywać. A przecież zawodnicy mogli odpocząć przez kwadrans, zregenerować się i ruszyć znów z taką samą pianą na „pyskach”, jak w pierwszej połowie, oszczędzając wszystkim dookoła nerwów.

I jakkolwiek mocno można chwalić zaangażowanie, walkę, charakter, nieustępliwość, zadziorność, poświęcenie – tak piłkarsko byliśmy znacznie biedniejsi. Po odbiorze często jedno, dwa podania i strata. Wybicia na uwolnienie. Można było przecierać oczy ze zdumienia, jak zespół dyktujący warunki gry, pokazujący faworytowi kto tu rządzi, zamienia się w momentami rozpaczliwie broniącego skromnego dorobku.

Świetnie napisał na X kibic Szkatułowy RTS – „w pierwszej wirtuozi, a w drugiej żołnierze”.

Byłoby cudownie, gdyby ci żołnierze nie zapomnieli strzelać. Jak słusznie zauważył redaktor Kukuć na pomeczowej konferencji, Widzew stworzył w drugiej połowie tylko jedną dogodną okazję.

I gdy Hotić strzelał na 2:2, dwa słowa cisnęły się na usta: „doigrali się”. Śmierdziało wyrównaniem dłuższy czas, ten gol wisiał w powietrzu. Na szczęście, tak jak kiedyś Marciniak do spółki z VAR znaleźli centymetry na pozycji spalonym Stępińskiemu w meczu z Legią (1:2), tak teraz zrobili to samo z Ishakiem. Z perspektywy C8 to był wyraźny spalony, z kamer Canal+ dużo mniej, ale wciąż do odgwizdania. Mogą w Poznaniu pomstować na VAR, ale gdyby nie ten system – jestem przekonany, że do główki Hoticia by nie doszło, bo dużo wcześniej chorągiewka liniowego powędrowałaby w górę.

*

„Miałbym prośbę do wszystkich śledzących nasze poczynania, żeby popatrzeć na ten mecz przez pryzmat Lirima Kastratiego”, powiedział Myśliwiec.

Okej, zróbmy to. W sumie, Kosowianin był personifikacją Widzewa tego wieczoru.

Pewny w interwencjach, dobry pod presją rywala, wygrywający pojedynki, potrafiący postraszyć w ofensywie. Jednocześnie: niechlujny przy kluczowym zagraniu, które powinno zakończyć się asystą. Cierpiący w drugiej połowie. Swoją mową ciała wręcz domagający się zmiany, która długo nie nadchodziła. Ostatecznie, schodzący z boiska z podniesionym czołem, po wyszarpaniu trzech punktów.

Nie tylko jego powinien zdjąć wcześniej Myśliwiec. Na konferencji trener przyznał, że pomylił się o około minutę – z trybun było widać, że prędzej można mówić o liczbie mnogiej, a być może nawet dwucyfrowej. Nie mieli już sił do powrotów i szybkich rajdów Sypek z Cybulskim, tymczasem po godzinie gry trener zdecydował się zmienić Alvareza i Łukowskiego. Nie muszę rozumieć tych zmian, dlatego uczciwie się do tego przyznam. Kuba był jednym z najlepszych na boisku. Fran strzelił bramkę, choć nieco szczęśliwie, popełnił błąd przy tej Lecha, ale regulował tempo gry, pchał kontry, koledzy mogli na niego liczyć.

Zostali na placu boju wypompowani Sypek z Cybulskim (swoją drogą, dawno nie widziałem Widzewa tak „spuchniętego” pod kątem fizycznym w Ekstraklasie), gdy aż prosiło się o to, by coraz wyżej grającego Lecha zaskoczyć długim zagraniem za plecy, wykorzystującym szybkość Hilarego Gonga. Nigeryjczyk zanotował udane wejście – dużo lepsze od Sebastiana Kerka, który ucierpiał w jednym ze starć, a także niezbyt dobrze odnajdywał się w nieustannej grze bez piłki.

Niemiec źle wszedł w mecz, zaliczył trzy straty w jednej akcji w przeciągu kilkudziesięciu sekund, ale im dalej w las – tym było z nim lepiej. Na pewno wolałby rozdawać piłki niż za nimi biegać, trochę ruszał się jak oldboy, ale już nie tracił. 11/14 celnych podań, jedno kluczowe. Dużo słabiej niż w Mielcu, wciąż lepiej niż Sobol, który tak jak ze Stalą – przed własnym polem karnym sprokurował spore zagrożenie głupią stratą.

Chyba wszyscy czekamy na Hamulicia, bo dotychczasowe występy „dziewiątek” w tym sezonie nie pokrywają się z optymizmem, z jakim patrzono na stan kadry w środku ataku przed transferem Saida. Szanuję Imada Rondicia, lubię go, cenię pracę, ale przez 80 minut z Lechem nie oddał celnego strzału, nie zanotował też udanego dryblingu (w obu przypadkach miał dwie próby). Wykonał tylko pięć podań. Nie dochodził do piłek, nie mógł odnaleźć się w polu karnym. Trudno patrzeć jak Szkuryna w poniedziałek, w sobotę na Ishaka i nie dostrzec różnicy.

Jeśli napastnik ma u nas tylko zapieprzać, jeśli mamy się cieszyć gdy utrzyma się przy piłce tyłem do bramki – to szkoda pieniędzy na „dziewiątki”, poszukajmy tam mobilnego defensywnego pomocnika. Też nie straci w tłoku, też będzie biegał. Dominik Kun dałby radę.

Chyba jednak nie tylko o bieganie do pressingu chodzi?

Znów potwierdziła się zasada „gra Marek – gra Widzew”. Hanousek był sobą, niemal wszystko grał celnie, odbierał, był wszędzie. Piłkarz meczu.

Świetni byli też Juan Ibiza i Samuel Kozlovsky, tym razem pewny od samego początku. Dużo pozytywnego cwaniactwa pokazał Cybulski, choć tak jak Sypek, nie ustrzegł się błędów. Kilka świetnych interwencji zanotował Gikiewicz, tak jak nie ustrzegł się niecelnych podań. W sumie bronił dobrze, czyli na swoim poziomie. Całkiem niezłe wejście zanotował Shehu. Szkoda, że nie strzelił (lub podawał!) w tej sytuacji w samej końcówce, bo godnie spuentowałby swoją postawę w tym spotkaniu, ale i całym letnim okresie przygotowawczym.

Na szczęście, zrobił to cały zespół. Cztery punkty po dwóch meczach, progres jeśli chodzi o minuty dobrej gry, kolejny wielki rywal na rozkładzie jazdy w 2024 roku – wszystko zmierza w dobrym kierunku. Pozostaje mieć nadzieję, że z biegiem tygodni wyższy bieg wrzucą ci, którzy zostali sprowadzeni jako ostatni. Jeśli ich aklimatyzacja się powiedzie, Widzew może być w tym sezonie naprawdę groźny dla każdego.

Drużyna Myśliwca już daje dobre widowiska – i jest na dobrej drodze do tego, by sama stać się widowiskowa.

SKOMENTUJ:

2 KOMENTARZE

  1. Gdyby tak Gikiewicz uderzył się w pięścią w klatę i powiedział sobie; kiepsko idzie mi rozgrywanie dalszych podań nogami, muszę nad tym popracować, a cała Drużyna wtedy będzie czuła się o wiele pewniej. Ten element gry jest tu zdecydowanie do poprawy. Oby jak najszybciej, a będzie bramkarzem niemalże kompletnym. POWODZENIA WIDZEWIACY!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Exit mobile version