GłównaFelietonySerce i rozum Roberta Dobrzyckiego

Opublikowano:

Serce i rozum Roberta Dobrzyckiego

Gościnny felieton Bartłomieja Derdzikowskiego z „Gazety Wyborczej”:

Szef Widzewa, chociaż jest z zupełnie innego świata, niż nasz, wygląda, jak ktoś, kto na stadionie zajmuje krzesełko obok.

Oglądam i słucham kolejnych wywiadów Roberta Dobrzyckiego na przeróżnych portalach, których od kilku dni jest co niemiara, i jestem pod wrażeniem nie tylko tego, co właściciel Widzewa mówi o klubie, którego od marca zeszłego roku jest właścicielem – o miłości do niego, o teraźniejszości i planach – ale w ogóle tego, że o tym mówi, że znalazł czas, że – jak mi się wydaje – robi to z radością.

Z pewnością nikt nie obraziłby się, gdyby Robert Dobrzycki, jakby nie patrzeć szef wielkiej globalnej firmy, nie odebrał, czy nie odpisał na prośbę o wywiad, albo po prostu odmówił rozmowy. Ktoś, kto prowadzi interesy w całej Europie, Stanach Zjednoczonych, Arabii Saudyjskiej czy Indiach, może chyba nie mieć czasu na pogaduszki o klubie sportowym. Tak mi się przynajmniej zdaje, nie robiłem tam biznesów.

A Dobrzycki czas znajduje i rozmawia. Kibicowskiemu Radiu Widzew poświęcił w piątkowy wieczór półtorej godziny. Większość z nas w piąteczek o godzinie 20 odpoczywa po tygodniu pracy, albo spędza czas z rodziną np. ogladając film, lub pije drinka (lub, jak ja, robi te wszystkie rzeczy na raz), a właściciel Widzewa gada sobie z kibicem-dziennikarzem i jest przy tym wyluzowany i uśmiechnięty. O Widzewie mówi z pasją. Nie ucieka od odpowiedzi, tłumaczy zawiłości biznesu, nie ma dla niego tematów tabu. Jest przy tym niezwykle skromny i równy rozmówcy.

Nie tak dawno porównywano go do Sylwestra Cacka, byłego właściciela klubu, z którym też wiązano wielkie nadzieje. Ten jednak zbudował wokół siebie mur. Doskonale to pamiętam, bo przeprowadzałem z nim wywiady, dużo wcześniej umówione, z udziałem pracownika klubu, który włączał swój dyktafon na „wszelki wypadek”, ale nie wiem, na jaki, bo rozmowa szła oczywiśice do autoryzacji. Jego syna Mateusza zagadałem kiedyś w Byczynie, gdzie Widzew przez jakiś czas grał, bo rodzina Cacków z jakiegoś powodu nie chciała grać w Łodzi na SMS-ie, czy chciałby zostać prezesem klubu. Rzucił tylko: „Kto by nie chciał?”. Oczywiście poprosił o autoryzację. Wysłałem więc tę wypowiedź do agencji PR, z którą Widzew wtedy współpracował, ale szybko oddzwonili zapytać, o co mi chodzi. Byli ze stolicy i brali grubą kasę, a nie zrozumieli prostego maila: „Proszę o autoryzację. Mateusz Cacek: „A kto by nie chciał?”. Ówczesny prezes Widzewa Marcin Animucki życzył sobie nawet autoryzacji swoich zdjęć.

Przynajmniej na tym polu obecny Widzew (chociaż długie wywiady prasowe, czy już teraz interenetowe, zapewne autoryzować trzeba) nie przypomina tego „cackowego”. Ten obecny ma twarz uśmiechniętego Roberta Dobrzyckiego. W ogóle szef klubu wygląda, jak ktoś, kto na stadionie zajmuje krzesełko obok. Jest jednym z nas.

Chociaż jakby spadł z nieba kibicom tego pięknego klubu. Po latach porażek, upadków, upokorzeń. W ostatnim czasie byli szczęśliwi po wygranych z Podbeskidziem Bielsko-Biała, które dało awans do ekstraklasy po 8 latach, po zwycięstwie z Miedzią Legnica dającego utrzymanie, czy po pokonaniu Legii Warszawa po raz pierwszy od 24 lat. Zważywszy na to, jaką klub ma historię, jakie mecze wygrywał, jakie trofea zdobywał i jak daleko dochodził, nie są to wydarzenia, które – gdyby tylko Widzew miał więcej szczęścia do ludzi i okoliczności – powinny być aż tak celebrowane.

Oglądam i słucham tych rozmów z Robertem Dobrzyckim i – tak jak zapewne wielu kibiców – mam wrażenie, że po tych wszystkich chudych latach karta się odwraca. Nie chodzi o nawet o pieniądze, jakie szerokim strumieniem płyną na kolejne transfery, ale o pasję, jaką dostrzegam u Roberta Dobrzyckiego.

I tym razem padały pytania, czy mu się to nie znudzi, czy nie zostawi Widzewa, gdy wyników sportowych nie będzie, bo wiemy doskonale, że pieniądze nie dają nie tylko szczęścia, ale i w dużym stopniu trofeów. I znów szef klubu zapewniał, że się nie znudzi, że to projekt długoterminowy, że jest cierpliwy. Skoro ma cierpliwość, by godzinami rozmawiać z dziennikarzami i kibicami o Widzewie, nawet w piątkowy wieczór, to ja mu wierzę. I wierzę, że ma Widzew w sercu, i tak jak zrobił to kiedyś Cacek, on klubu nie skrzywdzi. Jest serce, ale jest też i rozum. I o rozum Dobrzyckiego też jestem spokojny.

Bo osiągnał wielki sukces i chce więcej. Bo z pasją mówi o Polsce i jej możliwościach. Skoro już pozbyliśmy się kompleksów, zbudowaliśmy autostrady, nowoczesne stadiony, budujemy jeden z największych w Europie portów komunikacyjnych, czy coraz śmielej myślimy o igrzyskach olimpijskich, to może czas na wielki klub piłkarski? Potrzeba było człowieka spoza piłkarskiego środowiska, by uwierzyć, że to realne. Bo właściwie, czemu nie?

Oglądam i słucham Dobrzyckiego i wierzę, że jemu może się to udać. I cieszę się, że kiedyś zakochał się w Widzewie. A przecież jest z Ełku, prawie 400 kilometrów od Łodzi. Czy to nie piękny klub? Sam już nie wiem, myśląc o kibicach – także o Robercie Dobrzyckim – czy Widzew nie ma szczęścia do ludzi, czy może jednak je ma.

Bartłomiej Derdzikowski

SKOMENTUJ:

2 KOMENTARZE

  1. Jak zwykle redaktor Derdzikowski w formie. Szkoda , że Wyborcza utrąciła budżety na lokalne wydania tak bardzo, że nie można częściej poczytać takich felietonów. A co do pana Dobrzyckiego to faktycznie większość z nas fanatycznych kibiców Widzewa, (dla których Widzew to nie tylko piłka nożna, ale przede wszystkim istotna część naszej ziemskiej egzystencji), boi się, że to tylko jest sen i że ten sen się wkrótce skończy. Szczególnie gdy przypomnimy sobie przepełnionego pychą i wyniosłością Sylwestra Cacka i to jakie zgliszcza po sobie zostawił. Życzę wszystkim nam aby ten nasz lęk podskórny malał z tygodnia na tydzień, aż w końcu zniknie całkiem

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Exit mobile version