Widzew wrócił na Milionową. Tym razem jednak nie potrzebował tymczasowego domu po Reaktywacji, a zaprezentował nieopodal SMS-u nowe stroje i drużynę na sezon 2024/25.
Każdy ma swój gust. Inaczej odczuwa dany klimat. Ma swoją opinię na to, jak zbudować otoczkę.
Nikomu nie odbierając prawa do własnego zdania, przyznać trzeba jedno: tak rozbudowanej prezentacji prawdopodobnie jeszcze Widzew nie zrobił.
Od godziny 15 w miejscu, które mocno nawiązywało do robotniczych korzeni RTS, na kibiców Widzewa – zwłaszcza tych najmłodszych – czekała masa atrakcji. Strefa Feniksa wyglądała okazale, nie zabrakło punktów gastronomicznych, w skrócie: było co robić, a przecież ten dzień swoje punkty kulminacyjne miał dopiero przed sobą.
O 17 swoją premierę miała nowa koszulka, a w zasadzie dwie, bo zaprezentowano czerwoną domową i złoto-czarną wyjazdową. Trochę szkoda, że start tej drugiej popsuły wycieki, kompletnie mylące jej odbiór. Wydawało się, że będzie miała kolorystykę białą, a także ciemnogranatową, co trochę nawiązywało do kompletów niezbyt ciepło wspominanych przez widzewiaków, darzących niezbyt wielką sympatią swojego największego rywala. A właśnie niebezpieczeństwo powrotu scenariusza „wyglądamy jak Legia” pojawiło się na horyzoncie.
Zrobiło się jak w tym kawale:
– Rysiek, wiesz co, nie chcę, żebyś do nas więcej przychodzili…
– Jak to, co się stało?
– Jak byłeś u nas ostatnio, to zginęło nam sto złotych.
– Chyba nie myślisz, że to ja?
– No nie, pieniądze się znalazły, ale wiesz… Niesmak pozostał.
Niepotrzebnie. Inne kolory się znalazły, więc po co ten niesmak?
Zamiast zdeptania tradycji – dostaliśmy ciekawe, niekonwencjonalne jej wykorzystanie.
Koszulka może się podobać lub nie, ale inspiracja historycznym, legendarnym sztandarem do mnie trafia. Przypomina mi ta wyjazdówka trykoty sprzed kilkunastu lat, gdy przy Piłsudskiego 138 biegał Stefano Napoleoni czy Łukasz Masłowski.
Podobnie zresztą jest z czerwoną. Pod tym względem jestem konserwatystą, więc dla mnie pozytywne jest to, że nikt nie kombinuje z podstawowym trykotem. Klasyczna czerwień, w której topić się powinno „Serce Łodzi” podczas domowych meczów, nie zeszła poniżej pewnego poziomu.
Znów: jednym się spodoba bardziej, drugim mniej. Nie ma sensu z tym dyskutować.
Tak jak z hasłem #WszyscyNaCzerwono.
„Czerwona Armia” licznie przybyła przywitać również zespół, który rozpocznie rozgrywki 2024/25. Dobrze poprowadzona przez Marcina Tarocińskiego i Damiana Bąbola impreza miała w sobie niezbędną powagę i charakter, a jednocześnie nikt nie przyszedł na Milionową z niepotrzebnym kijem, traktując go jako przedłużenie kręgosłupa.
Było śmiesznie, jak wtedy, gdy Gikiewicz zaczął się „bujać” po scenie w stylu Cybulskiego. Albo gdy okrzyk „Kto wygra mecz?” z ust prezesa Rydza miał „niespodziewane” zakończenie. Śmiesznie, ale nie żenująco. Nie było „krindżu”, obecnego niedawno przy Łazienkowskiej w podobnym evencie.
Było godnie. Tak, jak powinno być zawsze.
