GłównaWywiadyTrudny jak wymagania. Karol Zniszczoł przerywa milczenie

Opublikowano:

Trudny jak wymagania. Karol Zniszczoł przerywa milczenie

„Standardy, które wyznaczyliśmy sobie wspólnie z Danielem, są bardzo wymagające. I to czasami mogło powodować dla niektórych pewne trudności”, mówi Karol Zniszczoł. Przez jeden dzień był najgłośniejszym trenerskim nazwiskiem w polskiej piłce. Na Sektorze Widzew po raz pierwszy opowiedział o pracy przy Piłsudskiego 138.

Bartłomiej Stańdo: Zwolnienie zwykle oznacza rozgoryczenie. Jak duże jest w tym przypadku?

Karol Zniszczoł: – Zwolnienie na pewno nie jest przyjemnym momentem. Jest mi przykro, bo nie będę już mógł służyć swoją pomocą drużynie ani trenerowi, ale oprócz żalu towarzyszy mi wdzięczność – bo w końcu wcześniej mnie zatrudnili. Przeżyłem piękne chwile i wiele ważnych zwycięstw.

W sumie 23. Dlaczego nie będzie więcej? Jak uargumentowano to zwolnienie?

Wyznaję zasadę, że komunikacja może być trudna, ale ma być bezpośrednia. Odbywać się między zainteresowanymi. Dlatego dziękuję za danie mi szansy pracy w Widzewie i przepraszam tych, których zawiodłem. Akceptuję decyzję i idę dalej.

W mediach pisano o „kwestiach interpersonalnych”.

Podczas przerwy świątecznej odebrałem telefon od jednego z dziennikarzy, który już pisał artykuł na mój temat z tezą, że mam trudny charakter do współpracy. Ale pojawił się problem, bo im więcej wykonywał telefonów, im więcej zdobywał informacji – tym trudniejsza wydawała mu się ta sprawa. Okazało się, że nie jest to takie czarno-białe, a wiele osób nie potwierdziło negatywnych opinii na mój temat.

Współdzielenie emocji w piłce buduje relacje, które zostają na długo, bez względu na klub, w którym się pracuje. Dlatego bardzo cenię sobie dobry kontakt, który mam do dzisiaj z kolegami ze sztabu z Opola czy Rzeszowa. Część z nich to moi „piłkarscy przyjaciele”. Pomimo dzielących nas odległości nadal możemy całymi rodzinami spotkać się przy obiedzie u któregoś z nas w domu.

Przy tak rozbudowanych strukturach nie zawsze jednak jest tak, że wszyscy nawzajem się kochają. A kiedy zależy ci na zwycięstwach, to trudno oczekiwać po trzech porażkach z rzędu, że będę przychodził do pracy w kapitalnym nastroju z uśmiechem od ucha do ucha.

fot. Młody17

Tomasz Stamirowski, właściciel klubu, w rozmowie z „Expressem Ilustrowanym” komentując to rozstanie, powiedział o relacjach wewnętrznych.

Relacje zawsze działają w dwie strony. Obydwie muszą chcieć je budować. Z Danielem przez lata mieliśmy dyskusje, może wręcz i burze, ale zawsze z dobrą, czystą intencją. Wiedzieliśmy, że krytyka, nawet ostra, nie jest po to, by w kogoś strzelać – tylko szczerze przekazać swoje myśli. Są różne drogi: można próbować rozwiązać sytuacje wewnątrz i mówić sobie wprost, albo… W każdym razie, jeśli ktoś szuka problemu to znajdzie problem, a jeśli ktoś szuka rozwiązania – znajdzie rozwiązanie.

W sztabie mogli mieć pretensje o to, że trener faworyzuje twoje pomysły?

Byłyby to pretensje o strukturę sztabu szkoleniowego. Czy ja mógłbym mieć żal o to, że piłkarz nie słucha moich wskazówek, jeśli byłyby niezgodne z wytycznymi pierwszego trenera? To wynika z hierarchii. Daniel był pierwszym trenerem, ja drugim. Jako prawa ręka trenera prowadzę treningi, odpowiadam za model gry. Byłbym idiotą, gdybym nie brał pod uwagę dobrych pomysłów. Ja chcę wygrywać, a nie realizować swoje pomysły. Nie mam też obowiązku realizować innych, tak jak pierwszy trener nie musi słuchać podpowiedzi drugiego trenera. To jego decyzja.

Jeśli tracimy bramki po stałych fragmentach to czuję, że mam prawo, a wręcz obowiązek zasygnalizować problem i zwrócić uwagę odpowiedzialnemu za to asystentowi: „ogarnij to, bo nie chcemy przegrywać przez rzuty rożne”. Jeżeli zwracam uwagę na to, że w konkretnym meczu możemy mieć sporo wrzutów z autów, bo tak wynika z analizy danych, to również muszę zasugerować trenerowi za to odpowiedzialnemu, żeby przygotował ten element gry.

Przy czym nie wejdę mu w kompetencje i nie powiem: tego musisz ustawić tak, a tamtego inaczej. Tak jak nie pójdę do naszej legendy ze szczegółową instrukcją, jak ma się rzucać bramkarz. Największą fachowością jest umiejętność otoczenia się fachowcami w konkretnych dziedzinach. Praca z Danielem opierała się na zaufaniu. Każdy miał swoją rolę i decyzyjność, włącznie ze mną.

fot. Młody17

W rozmowach zakulisowych pojawił się też temat absencji na treningach.

Miałem problemy zdrowotne. Zgodnie z wytycznymi lekarza klubowego udałem się do szpitala. Spędziłem tam więcej czasu niż bym chciał. Jesteśmy trenerami, ale też ludźmi i różne mogą być powody naszych nieobecności: ktoś jest chory, ktoś ma zjazd na kurs UEFA, a ktoś ma do załatwienia sprawy prywatne, o których nie musi mówić każdemu. Każda taka sytuacja ma jedną rzecz wspólną: zgodę na nieobecność podczas treningu musi wyrazić pierwszy trener. Dziwię się, że pojawia się to w rozmowach zakulisowych. To nic złego zapytać drugą osobę: „czy wszystko ok?”. Tak jak mówiłem wcześniej: można szukać problemów albo rozwiązań…

Patrząc z boku, te relacje nie wyglądały aż tak źle.

Bo to nie jest tak, że była jakaś wojna. Oczywiście, nie ma też co pudrować rzeczywistości: idealnie i cukierkowo nie było. Natomiast uważam, że ta praca sztabu była dużo lepsza niż w poprzednim sezonie i dziwię się takiej narracji, która wokół tej mitycznej „atmosfery w sztabie” ostatnio krąży.

Nie wydarzyło się nic takiego, czego dorośli ludzie nie są w stanie sobie wyjaśnić między sobą.

Wiem, że standardy, które wyznaczyliśmy sobie wspólnie z Danielem, są bardzo wymagające. I to czasami mogło powodować dla niektórych pewne trudności. Każdy ma inny charakter, inną historię, inną motywację działania…

Najcenniejsza lekcja, jaką otrzymałem od trenera Myśliwca, brzmi: najważniejsza jest drużyna. Ja miałem być strażnikiem tych standardów, ale skoro dzisiaj nie mogę być częścią tej drużyny to też znaczy, że ją zawiodłem i będę musiał lekcję od Daniela odrobić jeszcze raz.

fot. Młody17

Odpowiadałeś za model gry. Jak naprawdę wyglądał on w Widzewie?

Żeby mówić o modelu, trzeba zacząć od idei gry. Ona jest nadrzędna. To ogólny pomysł na piłkę. Gdy się poznaliśmy z Danielem, jeszcze zanim trafił do Stali Rzeszów, okazało się, że nasze spojrzenie na futbol jest zbieżne: chcemy posiadać pikę i wysoko ją odbierać. Dlatego zaczęliśmy współpracować. Z biegiem czasu coraz lepiej rozumiałem wizję Daniela i mogłem adaptować swoje pomysły. Na tej podstawie zbudowaliśmy do siebie zaufanie. Ale pomiędzy pomysłem a boiskiem są piłkarze, którzy muszą tę wizję gry zrealizować. Potrzebują narzędzi: konkretnych zachowań, odpowiedniego systemu. I to właśnie jest model gry.

Odkąd trafiliście do Łodzi, trzy razy go zmienialiście. Dlaczego?

Obejrzeliśmy mnóstwo meczów Widzewa jeszcze przed przyjściem. Analizowaliśmy zawodników i ich cechy. Dopasowaliśmy model gry do nich i do idei gry klubu, która była zbieżna z naszą. To złożony i ciągły proces, nad którym pracujesz cały czas. Bo przecież nie grasz na tablicy taktycznej, tylko na boisku – i to z przeciwnikiem. Żeby wygrać, musisz wybrać wewnątrz swojego modelu narzędzia, które będą skuteczne akurat z takim rywalem. Albo dodać coś, co ci się może przydać. To drugie rozwiązanie ma jedną wadę: zawodnicy potrzebują czasu, by je wdrożyć. Nie wystarczy tylko to poznać, trzeba wytrenować odruch. Mieliśmy sytuacje, że coś zaskakiwało w drugim, trzecim tygodniu. A lepsze od słabego wykonania dobrego planu, jest dobre wykonanie słabszego planu.

Z każdym kolejnym meczem oceniasz możliwości piłkarzy w danym modelu. Nie wywracasz niczego do góry nogami. Dopasowujesz się. Tego przesuniesz trochę tu, a tego bardziej tam. Ogólne zasady zostają te same: broniliśmy strefowo, zawodnik najbliżej piłki miał wywierać presję, a reszta czytać grę i zamykać konkretne przestrzenie. Bez względu na system. W jednym np. bliżej do bocznego obrońcy ma środkowy pomocnik, a w drugim – skrzydłowy. Natomiast w każdym systemie napastnik, gdy go piłka mija, ma „opaść” (czyli obniżyć swoją pozycję, ustawić się bliżej własnej bramki) i nie dopuścić do podania pomiędzy dwoma piłkarzami.

Przenieśmy to na konkrety, czyli na drużynę Widzewa.

Najpierw wyszło nam, że najlepiej będzie grać 4-3-3, wykorzystując mobilność środkowych pomocników. Kun i Shehu, bo Alvarez miał kontuzję, jako ósemki byli w stanie pressować bocznych pomocników. Tworzył się romb w środku pola. W pierwszej linii pressingu byli skrzydłowi, Klimek i Pawłowski, a po kontuzji Bartka – przesunięty z lewej obrony Nunes. Dzięki temu po odbiorze mogłeś szybko do nich kierować podania.

Analiza meczów wideo to jedno, później „wrzucasz” piłkarzy w proces treningowy i okazuje się, że mogą funkcjonować jeszcze lepiej, mając inne zadania. Możliwości szybkościowe skrzydłowych sprawiły, że odwróciliśmy pierwszą linię pressingową zimą: za linię obrony startował wiosną już Sanchez i Pawłowski, który wrócił do zdrowia. Chodzi o adaptacje do piłkarzy, których masz i ich charakterystykę. Wiedzieliśmy, że jeśli Bartek nie wróci do obrony – w poprzednim modelu gry boczny obrońca zostanie sam, a w nowym systemie w takiej sytuacji wciąż pozostanie ośmiu piłkarzy plus bramkarz w defensywie. Dodatkowo chodziło też o wykorzystanie konkretnych cech piłkarzy w fazie kontrataku.

Przed tym sezonem jednak Pawłowski wypadł z powodu kontuzji, a Sanchez odszedł.

Dlatego trzeci raz zmieniliśmy model gry. Wiedzieliśmy, że szybkiego Sancheza zastąpi Rondić, który ma inne atuty. Chcieliśmy je jak najlepiej wykorzystać. Jak jesteś pasjonatem futbolu, to obserwujesz trendy.

Obserwowałeś jakieś drużyny częściej od innych pod kątem podobieństw do Widzewa?

Głównie Arsenal i Stuttgart. Ostatecznie uznaliśmy, że dobrze mógłby zadziałać coś, co już dzisiaj gra większość drużyn chcących dominować poprzez posiadanie w Premier League, czyli tzw. „box midfield” – dwie szóstki i dwie dziesiątki tworzące „pudło”, taki kwadrat w środkowej strefie boiska.

Skoro Fran Alvarez i tak schodzi do rozegrania, dzięki temu ograniczymy liczbę bramek po stratach na własnej połowie, mając dwie szóstki w zabezpieczeniu. Rondić i jedna z dziesiątek mieli natomiast wyciągać stoperów.

Jeśli to by się nie udało, mielibyśmy i tak „przeładowany” środek pola, czyli przewagę liczbową w tej strefie. Zauważyliśmy jednak, że w tej lidze stoperzy – gdy idą do pressingu – wychodzą wyżej, a wtedy skrzydłowi mogą wykorzystać tę tworzącą się przestrzeń za ich plecami. Zwykle gramy krótkimi podaniami, ale dwa-trzy dłuższe w krótkim czasie mogą sprawić, że obrońcy już nie wiedzą, czy zrobić krok do przodu, czy krok do tyłu.

Wszystko zgodnie z zasadą: dwóch zawodników gotowych na to, by atakować przestrzeń za linią obrony, a pozostałych ośmiu odpowiedzialnych za to, by budować akcję od tyłu i wciągać przeciwnika. Wciągając przeciwnika – tworzysz wspomnianą przestrzeń.

Łatwiej wyciągnąć odważniejszego, mocniejszego rywala.

Może dlatego mówiło się, że łatwiej nam grać z lepszymi. Bliżej mi jednak do stwierdzenia, że z naszym systemem gry, przełamując wysoki pressing przeciwnika, mieliśmy po prostu więcej przestrzeni do tworzenia sytuacji. Gdy ktoś się cofa – musisz kruszyć mur. Natomiast jeśli atakuje, to gdy na dziesięć prób, choćby trzy razy wyjdziesz spod wysokiego pressingu, tworzysz sytuację trzy na trzy, dwa na dwa. To są groźne momenty.

fot. Młody17

Przykład: mecz z Legią. My wiemy, co oni będą grali – i oni wiedzą, jak my gramy. To nie jest czarna magia. Chodzi o wykonanie. Wiesz, że będą grali strefowo. Mamy nasz „box midfield”. Wiedzieliśmy, że jak jedna z naszych „szóstek” pójdzie do boku – będą chcieli ją pressować bocznym obrońcą, mającym do niego dużą odległość. Dzięki temu powinniśmy mieć krótki moment przewagi, przez co uda nam się skupić mocno przeciwnika z boku wokół piłki, a ta większa odległość do pressingu sprawi, że zawodnik z piłką powinien mieć więcej czasu na dobre przyjęcie i podanie. Dlatego po drugiej stronie boiska Kozlovsky miał wolny korytarz. I dwa razy udało mu się w niego groźnie wbiec z piłką.

Wydawało się to dość przypadkowe.

A wcale takie nie było. W piłce jest dużo przypadku. Rolą trenerów i modelu gry jest to, by przypadek ograniczyć. Mieć jak najwięcej powtarzalności. Jeśli ktoś mówi, że jakąś drużynę jest łatwo przeanalizować – to w zasadzie prawi ci komplement, bo to znaczy, że coś z piłkarzami wypracowałeś.

Z Zagłębiem Lubin wykorzystywaliśmy przewagę jednego zawodnika w fazie budowania, dzięki czemu – przy dobrej zmianie strony – akcje napędzali boczni obrońcy.

Ze Stalą Mielec zdobyliśmy bramkę po akcji, które robiliśmy już z Koroną. Wiedzieliśmy, że ich środkowi pomocnicy będą podchodzili wysoko, kryjąc indywidualnie naszych środkowych pomocników – to generuje przestrzeń między liniami. Dłuższa piłka na Rondicia, który rozciąga przeciwnika, a także ustawienie Kerka i skrzydłowych między liniami sprawia, że np. „Cybul” może zebrać drugą piłkę, być przodem do bramki przeciwnika i mieć ułamek sekundy przewagi nad obrońcą.

Później już decyduje jego talent i fantastyczne wykończenie. Już z Koroną Rondić zgrywał takie piłki, ale niektóre koncepcje „odpalają” z opóźnieniem. I „Cybul” strzelił ze Stalą.

Czyli powiedziałeś jedną rzecz Rondiciowi: w tym meczu nie schodzisz głęboko, tylko „zabierasz” stoperów, bo wiesz, że przestrzeń nie będzie za plecami obrońców – tylko przed nimi.

Małe rzeczy, które zmieniasz, jednocześnie grając cały czas według swojego planu. Wewnątrz jednej struktury mamy kilka rozwiązań. Robimy coś szybciej, bo automatycznie. A rywal musi o tym myśleć. I reagować, bo nigdy nie wie, czy zdecydujemy się zagrać wariant A, B czy C. Dlatego uważam, że to, co robiliśmy, miało sens.

Nie zawsze jednak dawało zwycięstwa.

Jak nie wygrywasz – to masz do wyboru: albo co porażkę coś zmieniać, albo być konsekwentnym, egzekwować i rozwijać wypracowane rozwiązania.

Mówi się, że mecze łatwe dla analityków są trudne dla piłkarzy. Nawet jeśli wiedzą, jak gra przeciwnik, to muszą zatrzymać go nie tylko po raz drugi czy trzeci, ale szósty, dziesiąty i dwudziesty. Szansa, że w końcu pękną – ktoś się zagapi, zapomni, źle ustawi – jest większa, bo reagują na automatyzmy, a z każdą minutą rośnie ich zmęczenie.

Dlatego kluczowa jest konsekwencja. Wierzę w nią, tak jak w rozwój drużyny poprzez trening i dodawanie jakości z zewnątrz, choćby po to, by poprawić tego treningu jakość. Im większa, tym rzadziej będziesz przegrywał.

fot. Młody17

Zatrzymajmy się przy tej jakości z zewnątrz. Kibice mogą się zastanawiać, czy potrafiliśmy ją odpowiednio wykorzystać, skoro przychodzi piłkarz z wicemistrza Szwajcarii, grający w poprzednim sezonie regularnie w Lidze Konferencji, a u nas – głównie z trzecioligowcami.

Hajrizi to świetny piłkarz. Bardzo dobrze czuje się z piłką przy nodze, ma bardzo dobre podanie między linie, jest agresywny w pojedynkach, potrafi dać wartość przy stałych fragmentach gry.

Natomiast ocena piłkarza to jest szerszy temat, bo przy tak wypracowanym modelu gry, wymagane są specyficzne zachowania na konkretnych pozycjach. Część zawodników może te zachowania mieć już „naturalne”. Część zawodników zaś musimy adaptować do tego poprzez trening. Zdarza się, że piłkarz ma bardzo ugruntowane nawyki, a te są sprzeczne z wymaganiami i pomimo tego, że jest dobrym zawodnikiem – może mieć problemy z adaptacją. Mówiąc najprościej: nie pasować do danego sposobu gry.

Czasem mam wrażenie, że trenerom nowej fali drzewa potrafią zasłonić las. Jedna cecha przesłania ogólny obraz. Czy nie łatwiej dobrego piłkarza nauczyć jakiegoś zachowania, niż ze słabszego, który wykonuje instrukcje, zrobić dobrego? Klimka nauczyć wchodzenia w przestrzeń, niż wchodzącego w przestrzeń Gonga nauczyć grać jak Klimek?

Oczywiście, że można uczyć, ale do pewnego momentu. Dajmy przykład: mamy czterech skrzydłowych. Pracujesz z nimi. Dwóch coś robi, a dwóch nie. Więc to nie kwestia trenera. Bo te cechy, o których mówimy z Danielem, a które wyróżniają zawodników – to są tak zwane cechy naturalne. Ktoś coś robi instynktownie, albo po prostu je ma. Na przykład jest szybki. Albo ma kapitalne wyczucie momentu do wbiegnięcia za linię obrony. Z niskiego nie zrobisz wysokiego. Jak ktoś ma „timing” do wyskoku i grę głową, jak Glik czy Ghita…

Albo Hajrizi.

Tak, on też. To jego naturalna cecha. Mnie na przykład nie powiesz, że mam iść na każdą górną piłkę „na wstrząśnienie mózgu”. Bo tego nie mam. Jeśli skrzydłowy na trzydziestu metrach nie osiąga pewnych prędkości, to go dogoni obrońca i taktykę możesz wyrzucić do kosza, albo znowu zmieniać. Ktoś jest jak Henio Ravas, a ktoś jak Rafał Gikiewicz. Nie powiesz pierwszemu, że potrzebujemy osobowości w bramce – ani drugiemu, że ma go nie być pełno. Tacy są. Grają ileś lat w piłkę, mają swoje nawyki i przyzwyczajenia. Niektórzy stoperzy zamiast się ścigać, wolą łapać na spalonego. Wiedzą, że to ryzyko, ale dla niego mniejsze niż uciekający napastnik. Jeśli chcesz grać wysoką linią obrony to akceptujesz to ryzyko. Zawodnicy, którzy grają w tej formacji muszą to rozumieć i czuć komfort w takim graniu.

Ogólnie wiele czynników wpływa na decyzje personalne. Generalnie: łatwiej wziąć szybkiego zawodnika, zamiast mówić wolnemu, że ma być szybki. Lepiej nie brać obrońcy, który robi krok do tyłu – skoro chcesz takiego, co robi do przodu. Nie zawsze to będą wybitni piłkarze i kompletni, ale te wymagane cechy muszą być ich wyróżnikiem. Na poziomie, na którym porusza się po rynku transferowym klub w Ekstraklasie, zawodnicy mają bardzo podobny poziom. W tych widełkach płacowych to nie są wielkie różnice. Żaden trener na świecie nie dysponuje kadrą idealnych i kompletnych piłkarzy. Wybierasz tych, którzy pasują: do systemu i do siebie nawzajem.

fot. Młody17

Dlaczego wybraliście Gonga?

To trochę jak z doborem członków sztabu. Daniel ostatnio mówił, że z grona osób, które klub akceptuje, wybiera sobie współpracowników. Można dobierać ludzi, którzy wcześniej z tobą pracowali i znają twoje standardy pracy, a można też co pół roku poświęcać energię, by wdrażać nowe osoby.

Z piłkarzami jest podobnie: dostajesz krótkie materiały wideo na temat zawodników zaproponowanych przez osoby odpowiedzialne za transfery. I wybierasz. Albo nie wybierasz. I wtedy nie masz nikogo.

Możesz obserwować piłkarza, który się wybija na tle innych kandydatur. Takiego, który ma wiele cech wyróżniających go w swojej lidze. Ale to, co robisz dobrze w meczach ze słabszymi drużynami, nie zawsze uda się przełożyć na mecz z lepszymi. Wszystko dzieje się szybciej, pojawiają się straty, brakuje powtarzalności. Dlatego ważny jest kontekst: poziom ligi i rywala w danym meczu.

Hilarego natomiast oglądaliśmy w sztabie podczas obozu w Opalenicy. On już nam się rzucił w oczy podczas przygotowania do sparingu z Trencinem, ale dopiero, gdy dostaliśmy sygnał – usiedliśmy do oglądania jego meczów. To była bardzo dynamiczna sytuacja i pamiętam, że poświęciliśmy wtedy sporo czasu, żeby dokładnie obejrzeć materiały wideo.

Gong wpasowuje się w profil skrzydłowego, jakiego wtedy Widzew potrzebował. Chcieliśmy go. Trudno mi dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie jest w stanie pokazać tego, co widzieliśmy w jego wykonaniu w lidze słowackiej? W filozofii pracy Daniela ważne jest zaufanie, ale też cierpliwość. Choć nie pracuję już dzisiaj w Widzewie, nadal wierzę w umiejętności tego piłkarza i jestem przekonany, że ma potencjał, by pomagać tej drużynie.

Wielokrotnie w pierwszych miesiącach pracy w Widzewie trener mówił, że nie chce ograniczać piłkarzy. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że preferowaliście takich, którzy wiernie realizują zadania na boisku.

W drużynie potrzebne są spoiwa, piłkarze, którzy oprócz tego, że świetnie realizują zadania na swojej pozycji – „pilnują” pozostałych. Dobrymi przykładami mogą być tacy zawodnicy jak Żyro czy Rondić – życzę każdemu trenerowi takich piłkarzy, zawsze zasuwają na dobro drużyny.

fot. Młody17

Imad jest motorem napędowym w pressingu. Wspominał mi o tym, że w lidze czeskiej jest napastnik, który zdobywa przynajmniej raz w sezonie bramkę z tego, że wymusi błąd na bramkarzu. Też taką chciał zdobyć i udało się w Pucharze Polski, ostatecznie nieuznaną. W Lublinie już wszystko było zgodnie z przepisami. Imad strzela bramki, a oprócz tego swoją tytaniczną pracą w obronie sprawia, że Widzew traci ich też mniej.

Wejście do środka pola Shehu i Kerka poprawiło naszą grę, ale paradoksalnie pogorszyło średnią punktową. Dlaczego?

Wizualnie zaczęliśmy grać lepiej, jednak nie zawsze strzelasz to, co powinieneś. Czasem tracisz też coś, czego nie chciałbyś stracić. Mieliśmy bardzo zaawansowane raporty na ten temat, na sto stron, od pracującego w klubie analityka danych. Teza była taka, że w tym okresie często wchodziliśmy w trzecią tercję i nie potrafiliśmy zamieniać tego na bramki. Zbyt rzadko wchodziliśmy w pole karne, a z wejść w pole karne było za mało czystych sytuacji strzeleckich. Będziemy nad tym… To znaczy, mieliśmy nad tym pracować zimą. Wciąż nie mogę się przestawić na czas przeszły.

Guardiola do zawodników mówił, że daje im narzędzia i doprowadza do trzeciej tercji, a tam już oni muszą robić swoje i strzelać bramki. Dlatego grający w trzeciej tercji piłkarze zwykle kosztują najwięcej.

Trener Myśliwiec ciekawie mówił natomiast o dośrodkowaniach na Moneyball. A później kibice oglądali zespół, który w niektórych meczach wrzuca na potęgę. Skąd ta niekonsekwencja?

Dośrodkowania trzeba rozróżniać. Ta prezentacja Daniela była o tym, z jakich miejsc na boisku jest największa szansa na celne dośrodkowanie i bramkę. Można powiedzieć, że na przykład mecz z Lechią Zielona Góra to wręcz skutek konsekwencji. Zgadza się, że lepszą okazję wykreować można przez przeszywające podanie prostopadłe przez środek, ale z tak ustawionym rywalem, na takim boisku, trudno zagrać kombinacyjnie. Mozolne szukanie tych jednej czy dwóch szans też nie daje gwarancji na to, że wciśniesz to podanie, a przy tym narażasz się na straty i kontry.

Możesz więc być cierpliwym i zwiększyć swoje szanse mniej jakościowymi sytuacjami, ale tworząc ich zdecydowanie więcej, aż w końcu strzelisz. Tam była prosta strategia: piłka do boku, złamanie do środka, dośrodkowanie z półprzestrzeni na dwóch wbiegających napastników i zamykającego akcję skrzydłowego. Wykonaliśmy tych dośrodkowań aż 46. Okazje były, brakowało niewiele. Można było wywrócić plan do góry nogami. Albo trochę lepiej dograć. Wreszcie Łukowski z półprzestrzeni dośrodkował, a Hamulić strzelił gola.

fot. Młody17

Odnosiłem wrażenie, że ta statystyka dośrodkowań z określonych miejsc na boisku sprawia, że znacznie niżej ustawieni są boczni obrońcy.

Tu trzeba jeszcze inny wątek poruszyć. Mamy ideę, że wysoko, na skrzydłach, rozciągamy ustawienie. A niżej, w okolicach obrony, stoimy ciasno. Dzięki temu boczni obrońcy dośrodkowują z lepszych stref, czyli półprzestrzeni. Im bliżej jesteś bramki i osi boiska, tym podanie w pole karne ma lepszą konwersję na gola. Większą szansę na bramkę niż podania spod linii.

Jeśli natomiast stracisz piłkę i masz bocznych obrońców ustawionych przy linii, to tworzysz autostradę dla rywala między bocznym obrońcą i stoperem. Więc ustawiamy się w obronie ciasno, tworząc swego rodzaju falochron. Powiedzmy, że obrońcy blokują każdą fazę przejściową. A jeśli zmienimy szybko stronę, to węziej ustawiony boczny obrońca sam może tą autostradą wejść w obronę rywala, którego rozciągnęło szeroko ustawione skrzydło.

Po drugie, ważne w kontekście dośrodkowań jest ustawienie linii obrony przeciwnika. Defensorzy Zagłębia Lubin nie wracają się od razu w pole karne, a Puszczy czy Stali – cofają. W drugim przypadku, jeśli chcesz strzelić gola, musisz zawiesić piłkę, jak Luis Silva Imadowi w ostatniej kolejce. Rondić wysłał mu nawet w tygodniu przed meczem bardzo podobną bramkę z ligi tureckiej i mówił, żeby próbował mu zagrać takie podanie. Piłka wtedy może też spaść na przedpole, gdzie będzie gotowy do akcji indywidualnej Cybulski. Z Zagłębiem natomiast trzeba było wrzucić piłkę między bramkarzem a obrońcami. I tak dwa gole po dośrodkowaniach „Kozy” strzelił Sypek.

Pamiętasz jeszcze jakąś bramkę, którą wcześniej przewidzieli piłkarze?

Pamiętam taką, którą nawet wymyślili: akcję poprzedzającą gola Alvareza z Radomiakiem. Robiłem analizę indywidualną z Łukowskim dzień przed meczem. Grał wtedy na dziesiątce. Powiedział, że jak trenowaliśmy w tygodniu, to zespół rezerwowy – symulujący w trakcie zajęć ustawienie Radomiaka – podczas gierek pozwalał na piłkę od Ibizy do Rondicia, który mógł zagrać szybką klepkę. „Łuko” przyznał, że wtedy już coś z tego wymyśli. Powiedziałem, żeby to robili. „Łuko” powiedział Ibizie, sam zagrał na ścianę, Rondić przypomniał sobie czasy juniorskie, gdzie grał jako środkowy pomocnik, a Fran realizował model, w którym mamy zasadę, że dalszy środkowy pomocnik wbiega w pole karne. Założenia zazębiły się z kreatywnością piłkarzy i otworzyliśmy wynik meczu.

Najbardziej kreatywni i nieszablonowi potrafią być młodzi piłkarze. Jak oceniasz posiłki do pierwszej drużyny z widzewskiej Akademii?

Miałem okazję widzieć w Opolu Modera, Czyżyckiego czy Szotę, a w Rzeszowie Marczuka, Olejarkę czy Polowca, dlatego trudno już dzisiaj na mnie zrobić jakieś wielkie „wow”. Niektórzy mają jakość, ale brakuje mi u nich ognia. Są też tacy, którzy mają ogień i bardzo by chcieli, choć póki co jeszcze brakuje jakości, by sprostać ekstraklasowym wymaganiom.

Miałem założenie, by w 2025 roku poświęcić jeszcze więcej czasu „Cybulowi”, bo zaczęło to przynosić efekty. Pamiętam, że w pierwszych tygodniach po naszym przyjściu, na treningach przewijali się różni stoperzy. Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy zobaczyliśmy Kwiatkowskiego. Miał pozytywną bezczelność. Gdy bez kompleksów władował się w jednego czy drugiego napastnika, spojrzeliśmy na siebie z Danielem: „to jest obrońca”. Na tej pozycji trudno się przebić młodemu piłkarzowi. Musi się rozwijać. Chłonąć taktykę. Na pewno ma potencjał, którego nie odbieram też innym młodym piłkarzom.

fot. Młody17

Tej jesieni rozczarowujące były wyniki z teoretycznie słabszymi rywalami. Mówiliśmy już o trudności w kruszeniu muru, ale to kwestia rywala. Czy te potknięcia po naszej stronie, w naszej grze, mają jakiś punkt wspólny?

Złożony temat, bo każdy mecz jest inny. Gdybym miał znaleźć jakąś prawidłowość to wskazałbym na poczucie, że panujesz nad sytuacją boiskową, grasz dobrze, tworzysz drugą, trzecią, czwartą sytuację i zaczynasz być pewny, że będzie też piąta, siódma i dziesiąta. Przeciwnik ma jedną, dwie, ale idzie do niej, jakby to była najważniejsza okazja w sezonie, na wagę mistrzostwa albo spadku.

Między tym poczuciem dominacji, a bramkami i punktami, jest kilka kroków, których nie wykonaliśmy. Natomiast są mecze, w których niczego bym nie zmienił, jeśli chodzi o założenia – na przykład z Koroną u siebie, gdzie tworzyliśmy dogodne szanse i powinniśmy wygrać. Były też takie, w których mogę otwarcie powiedzieć, że coś zawaliłem.

Na przykład?

Mam na myśli Górnik Zabrze. Przeciwnik był po prostu od nas lepszy, choć uważam, że mogliśmy zrobić coś lepiej.

Nie wiem, czy się z tym zgodzisz, ale pressing, czyli nasza najważniejsza broń, okazała się batem ukręconym na własną dupę. Biegaliśmy jak kurczaki pozbawione głowy. Wszędzie, a jakby nigdzie. Dość jednostajnie. Po tym meczu chyba trochę zmieniliście podejście?

Od pierwszego do ostatniego meczu, w którym miałem okazję pracować dla Widzewa, pressing był ideą nadrzędną bez względu na system. Zawsze, w każdym meczu, chcieliśmy pressować. Zgadzam się, że z tym pressingiem w niektórych fragmentach Górnik sobie bardzo dobrze radził. Natomiast my mogliśmy albo w trakcie, albo przed meczem lepiej na to zareagować. Dziś na pewno inaczej zaplanowałbym to spotkanie i przygotował do niego piłkarzy.

Konkretnie – jak?

Trudno było wysnuć wniosek na bazie zgromadzonych danych, że Górnik będzie aż tak swobodnie rozgrywał piłkę pod pressingiem. Analizując poprzedni mecz Górnika ze Stalą Mielec, gdzie Stal nakładała pressing podobnie jak my, w strukturze 4-4-2 z orientacją indywidualną…

Stop. Co to znaczy?

Za trenera Niedźwiedzia Stal preferuje system 3-4-3, ale jeżeli Górnik budował akcję w systemie 4-4-2, to automatycznie dostosowując się do tego, piłkarze Stali – mając swoje punkty odniesienia w rywalach, których mieli kryć – na obrazku z góry wyglądali, jakby też bronili 4-4-2. Dlatego ten mecz był naszym punktem odniesienia. Rzeczą, której nie wziąłem pod uwagę, była… murawa. Okazało się po meczu, że na tej w Zabrzu górnicy woleli nie ryzykować i wybijali piłki. A w Łodzi świetnie im się grało. Byli pewni pod presją, a nam się zdawało, że pressując podobnie jak Stal, uzyskamy podobny do nich efekt i będziemy przejmować piłki.

Murawy nie można zmienić, co więc wyglądałoby inaczej?

Zmieniłbym ustawienie środkowych pomocników i pierwszej linii. Górnik szeroko ustawia stoperów, bliżej nich ustawiłbym napastników. Nie grali w środek, omijali nas na zewnątrz. Często byłoby to zgodne z naszą ideą, by spychać na boki, ale w tych strefach tworzyli przewagę, więc starałbym się te boki zamknąć.

W której minucie meczu już to wiedziałeś?

Pierwszą połowę zawsze oglądałem na trybunie prasowej. Z wyższej perspektywy widzę więcej, niektóre rzeczy chciałoby się zmienić nawet i w 10. minucie. Miałem łączność z ławką, lecz to tak nie działa, że pstrykniesz palcem i wprowadzasz korektę na boisku. Niektóre zmiany są na tyle zaawansowane, że potrzebują czasu na wytłumaczenie, najlepiej posiłkując się materiałem wideo – na to jest czas w przewie meczu. Wtedy przegrywaliśmy i były inne priorytety, choćby przy budowaniu akcji w ofensywie, więc skupiliśmy się na tym.

Zmiana taktyki miała sens na tablicy, ale nie udało się zrealizować jej założeń. Statystycznie, znacznie częściej udało nam się spressować Górnik niż gościom spod tego pressingu wyjść. Problem polegał na tym, że jak już to zrobili, to mieli dogodne sytuacje. Dlatego ten mecz miał taki odbiór.

fot. Młody17

Ganiając za piłką, łatwo było zwrócić uwagę na tempo naszego biegania. Stąd rodzi się pytanie: dlaczego przed sezonem nastąpiła zmiana na stanowisku trenera przygotowania motorycznego? Widzew w ubiegłym sezonie strzelał bramki w końcówkach, kondycyjnie nie wyglądał źle.

Trener przygotowania motorycznego przygotowujący drużynę motorycznie – to brzmi logicznie, a jest największym mitem w polskiej piłce. Dla nas rolą takiego trenera jest przede wszystkim prewencja przed kontuzjami, praca na siłowni czy analiza danych z GPS i badań. Oczywiście, wciąż są trenerzy, którzy w trakcie treningu wyznaczają czas na wybieganie jakichś dystansów. My natomiast motorykę robimy w grach, z piłką przy nodze. Wierzymy, że ważniejsze od tego, by trochę więcej przebiec jest to, by wiedzieć gdzie biec. A i tak w tym sezonie Widzew przebiegł najwięcej kilometrów w całej Ekstraklasie.

Czy były rzeczy, które zrobiłbyś w tej rundzie inaczej niż Daniel Myśliwiec?

Daniel wręcz oczekiwał ode mnie, że będę miał swoją perspektywę, by dawać mu szerszy kontekst do podejmowania decyzji. I jest miejsce, w którym nasze pomysły mogą się zderzać, gdzie możemy się uzupełniać. Na koniec jednak wychodzimy do drużyny reprezentując jeden wypracowany pomysł, który trener zatwierdził. Nie chcę realizować swoich rozwiązań, tylko wygrywać mecze. I to było najważniejsze: by Widzew zwyciężał.

Życzę sukcesów Danielowi, bo traktuję go jako swojego przyjaciela; klubowi i kibicom, bo Widzew zasługuje na wiele, a także tym piłkarzom, bo mieliśmy w szatni grupę fantastycznych zawodników. To nie jest kurtuazja. Nowym asystentom zazdroszczę pracy z Danielem i tymi piłkarzami. Trzymam za nich kciuki i jestem otwarty na nowe wyzwania. Najlepszą odpowiedzią na to, co się stało, nie będą słowa, a dobra praca w moim wykonaniu.

Subskrybuj kanał Sektor Widzew na YouTube

SKOMENTUJ:

4 KOMENTARZE

  1. Sensowne i konstruktywne wytłumaczenie kilku aspektów współczesnej Firmy „od kuchni”. Dobry wywiad i rzetelne odpowiedzi. Brakuje mi kilku aspektów np, jak wygląda rotacja na pozycji, szczególnie pod kątem ćwiczącej z głównym zespołem młodzieży (vide Gryzio) ale rozumiem, że niektóre sprawy mogą być tajemnicą zespołu.

  2. Wywiad bardzo ciekawy. Mnóstwo interesujących szczegółów. Brawa dla Autora i dla Rozmówcy.
    Chciałbym zatrzymać się przy meczu z Górnikiem, bo w tym wywiadzie pojawia się już bodaj trzecia przyczyna słabego występu Widzewa w tym spotkaniu. Najpierw, zaraz po meczu, trener Myśliwiec wypowiedział słynne słowa, „Jak trenujesz, tak grasz”, co miało odnosić się do słabego wysiłku piłkarzy w tygodniu poprzedzającym mecz, potem usłyszałem chyba z ust trenera również, że w zespole przed tym meczem były jakieś infekcje, osłabienia i to też mogło być przyczyną. I teraz trener Zniszczoł sam niejako przyznaje się do błędów w rozpracowaniu przeciwnika, a właściwie w błędnej diagnozie, co do sposobu gry Zabrzan. Myślę, że wszystkie trzy te przyczyny mogły złożyć się na taki, a nie inny występ z Górnikiem. Ale swoją drogą, trochę dziwię się, że jedynym odniesieniem był dla sztabu mecz Górnika ze Stalą, kiedy wiadomo było, że Górnik potrafi grać szybko, z pierwszej piłki, kombinacyjnie. I z pewnością sztab musiał oglądać również inne mecze, te w których tę dobrą typową dla Górnika grę, było widać.

  3. W zasadzie nie było odpowiedzi o rzeczywistej przyczynie zwolnienia. Z drugiej strony może lepiej że takie sprawy nie wychodzą na zewnątrz jakkolwiek to by nas nie ciekawiło. Z tego co mówią władze było wiele rozmów przed zwolnieniem i że nie pomogło więc raczej decyzją słuszna dla dobra całego teamu. Co do strony merytorycznej to artykuł bardzo ciekawy. Brawo dla obu rozmówców.

  4. Ten wywiad jest dlatego tak ważny że pozwala zrozumieć pewne wybory personalne które dla wielu kibiców były skandaliczne a wręcz ocierały się o sabotaż. Ja na przykład myślałem że Klimek nie gra w podstawie bo słabo gra w obronie, w tym artykule trener Zniszczoł mówi wyraźnie że chodziło o jego zachowanie w ataku i braku chęci wychodzenia za linię obrony przeciwnika. Wysoka ocena Hajriziego ale wskazanie że jego nawyki i zachowanie w linni obrony nie pasują do taktyki którą gramy.Mam nadzieję że redaktor który przeprowadzał wywiad będzie się rozwijał i serwował nam bardziej wnikliwe spojrzenie na kwestie taktyczne, bo to nam wszystkim pomaga lepiej zrozumieć grę zespołu a także wybory personalne które za tym stoją. Obserwując Bartosz Stańdo i jego pracę miałem wrażenie że ma zbyt „romantyczne” podejście do piłki. Tutaj wreszcie dostaliśmy samo gęste.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj